Przygody
Sprengisandur to ok 250 km pylistej i kamienistej drogi przez pustynię, bez osad ludzkich i stacji benzynowych. Mogą ją pokonać wyłącznie jeepy z napędem na 4 koła albo mocne ciężarówki.
Latem słońce właściwie tu nie zachodzi – kryje się na chwilę za horyzontem, ale wraca tak szybko, że nie zdąży zrobić się ciemno. Jest pięknie. Rozległe pustkowia, poszarpane fiordy, wulkany i bulgoczące błota.
Jechaliśmy właśnie starą, rozklekotaną osobówką, kiedy rzeka zalała jedyny most łączący wybrzeże Pacyfiku z resztą Australii. Ale kierowca – stary brodaty rybak – po prostu przeklął i przejechał przez rzekę niczym amfibią. Staranował przy tym policyjne barierki, które przeleciały z trzaskiem wysoko nad samochodem – jak w amerykańskim filmie akcji.
W marcu 2010 r. na plaży Mon Repos w Australii wmieszaliśmy się w historię, której stawką było czyjeś życie. Była ucieczka, więzienie i mordercy. Posłuchajcie.
Czwórka naszych sąsiadów wyglądała sympatycznie – byli prostymi robotnikami pracującymi w Lhasie. Przymykaliśmy oko na wciskanie nóg koło naszych głów i strącanie resztek obiadu na nasze plecaki. Poziom naszej sympatii do nich obniżył się dopiero wówczas, kiedy pan, którego lubiliśmy najbardziej, zaczął sobie dłubać w zębach pociągową zasłonką.
Ruszyliśmy inną drogą, ale na naszej ścieżce stanęła rzeka. Po ulewie przy brzegu miała ponad metr głębokości, a dalej koryto pogłębiało się. Rwący nurt nie dawał żadnych złudzeń, a przejście kilkudziesięciu metrów z plecakiem po pojedynczej linie rozpiętej nisko nad szalejącą rzeką było niemożliwe.
Zaczęło się od smsa z Polski: „w Tybecie było wielkie trzęsienie ziemi – trwa akcja ratunkowa”. Byliśmy wtedy w chińskim mieście Chengdu i właśnie pakowaliśmy plecaki, żeby następnego dnia wsiąść w pociąg do Tybetu.
Rano wsiedliśmy do ostatniego autobusu do Indii. Obok siedzenia Asi gdakała w koszyku kura, a my przez szyby obserwowaliśmy wojskowe kontrole i czerwone sztandary na zajmowanych przez Maoistów obiektach. 150 km pokonaliśmy w standardowe 10 godzin. Strajk generalny trwał 8 dni. Cały kraj został sparaliżowany, dokładnie tak, jak przewidywano. Zamarł transport, a tysiące turystów zostało zmuszonych do koczowania w hotelach.
Maoiści z całego kraju zmierzali do stolicy i do głównych miast. Zajmowali hale, fabryki i stadiony, w których czekali w gotowości na majowy świt. Armia i policja też przygotowywały się do starcia. Przed ważnymi budynkami ustawiano worki z piaskiem i stanowiska karabinów maszynowych. Wzmogły się wojskowe kontrole na drogach, ale mimo to czerwony potok zalewał kraj.
Było bardzo silne trzęsienie ziemi w Chile i fale tsunami biegną teraz przez Pacyfik w kierunku Fidżi. Dotrą tu za kilka godzin. Mamy trzymać się z dala od plaży. No tak, tylko że my właściwie jesteśmy na plaży – kilka metrów od oceanu.
Fala ma mieć 2-3 metry i uderzyć między godziną 9 a 10.





