Komunizm
Rano wsiedliśmy do ostatniego autobusu do Indii. Obok siedzenia Asi gdakała w koszyku kura, a my przez szyby obserwowaliśmy wojskowe kontrole i czerwone sztandary na zajmowanych przez Maoistów obiektach. 150 km pokonaliśmy w standardowe 10 godzin. Strajk generalny trwał 8 dni. Cały kraj został sparaliżowany, dokładnie tak, jak przewidywano. Zamarł transport, a tysiące turystów zostało zmuszonych do koczowania w hotelach.
Maoiści z całego kraju zmierzali do stolicy i do głównych miast. Zajmowali hale, fabryki i stadiony, w których czekali w gotowości na majowy świt. Armia i policja też przygotowywały się do starcia. Przed ważnymi budynkami ustawiano worki z piaskiem i stanowiska karabinów maszynowych. Wzmogły się wojskowe kontrole na drogach, ale mimo to czerwony potok zalewał kraj.
Droga do zagłady wyglądała zawsze podobnie. Najpierw było więzienie, takie jak straszne S-21 w Phnom Penh i nieludzkie tortury. Ci, którzy przeżyli, pakowani byli na ciężarówki i wywyożeni na miejsce egzekucji, zawsze daleko od wiosek, zawsze w ukryciu. W Choeung Ek był to stary chiński cmentarz. Z głośników puszczano głośną muzykę, która zagłuszała krzyki ofiar i odgłosy zbrodni.
Czerwoni Khmerzy zdobyli Phnom Penh. W ciągu trzech dni miasto opustoszało – z kilkuset tysięcy mieszkańców nie pozostał nikt. W ciągu czterech lat Khmer Rouge wymordowali ponad dwa miliony ludzi, jedną trzecią swojego własnego narodu. Zginął prawie każdy, kto posiadał jakiekolwiek wykształcenie – nie tylko wyższe, ale jakiekolwiek. Mordowano ludzi, którzy umieli czytać i pisać, a także tych, którzy nosili okulary.
Łotewski film „The Soviet Story” wstrząsnął mną dogłębnie. Niby się o tym wszystkim wiedziało – a to że w ZSRR były czystki, a to że NKWD rozstrzeliwała, a to że komunizm był tak samo zły jak faszyzm – ale w takiej formie i z taką siłą uświadomił mi to dopiero „The Soviet Story”. Film buduje świadomość, którą powinien mieć każdy.





