Australia i Oceania
Zjechaliśmy w boczną drogę i znaleźliśmy się w krainie soczystej zieleni. Wszędzie góry i pagórki, farmy, pasące się stada krów i owiec. To właśnie tutaj powstawał film „Władca Pierścieni”. Miało się wrażenie, że za chwilę wśród traw przebiegnie jakiś hobbit.
Jechaliśmy właśnie starą, rozklekotaną osobówką, kiedy rzeka zalała jedyny most łączący wybrzeże Pacyfiku z resztą Australii. Ale kierowca – stary brodaty rybak – po prostu przeklął i przejechał przez rzekę niczym amfibią. Staranował przy tym policyjne barierki, które przeleciały z trzaskiem wysoko nad samochodem – jak w amerykańskim filmie akcji.
W Australii przeżyliśmy jeden z najwspanialszych dni w podróży dookoła świata. Byliśmy przy narodzinach setki żółwi wodnych, a potem przy ich wędrówce do oceanu.
W marcu 2010 r. na plaży Mon Repos w Australii wmieszaliśmy się w historię, której stawką było czyjeś życie. Była ucieczka, więzienie i mordercy. Posłuchajcie.
Było bardzo silne trzęsienie ziemi w Chile i fale tsunami biegną teraz przez Pacyfik w kierunku Fidżi. Dotrą tu za kilka godzin. Mamy trzymać się z dala od plaży. No tak, tylko że my właściwie jesteśmy na plaży – kilka metrów od oceanu.
Fala ma mieć 2-3 metry i uderzyć między godziną 9 a 10.
Zdarzało się, że w nocy padał deszcz, a to wybitnie nie sprzyja zrywaniu owoców. Mokre czereśnie szybciej gniją i robią się na nich plamki. Dlatego po deszczu z naszego sadu startowały 3 helikoptery i latały nad drzewami osuszając owoce. Musiało to kosztować majątek, ale cóż z tego, skoro podobno czereśnie były potem sprzedawane w Japonii po dolarze za sztukę.
Pozwolenia na pracę były gotowe, plan opracowany i już mieliśmy ruszać na wschodnie wybrzeże Wyspy Pólnocnej Nowej Zelandii, kiedy dowiedzieliśmy się, że legalnie możemy podjąć pracę tylko w małym regionie Wyspy Południowej.
Praca w Nowej Zelandii Praca w Nowej Zelandii jest dla podróżników okrążających świat szansą na podreperowanie budżetu w połowie swojej wyprawy. Nam też świtał taki pomysł, ale nie chcieliśmy się na to zbytnio nastawiać, bo spodziewaliśmy się, że nie będzie o nią tak łatwo. I rzeczywiście – nie jest …
Tak naprawdę to chcieliśmy pojechać wszędzie. Lista miejsc, które wydawały się nam ciekawe, nie miała końca – trzeba było wybierać. Kiedy wracaliśmy z Mongolii i Syberii, wiedzieliśmy już, że pojedziemy na rok. Wydawało nam się, że to taka jednorazowa szansa, bo spodziewaliśmy się, ze już nigdy nie pojedziemy na tak długo i tak daleko. Po powrocie czekały nas już tylko trzytygodniowe urlopy, więc teraz trzeba było celować poza zasięg późniejszych możliwości – na drugą stronę planety.
Kiedy siedzieliśmy w pociągu Kolei Transsyberyjskiej, myśleliśmy że jedziemy w najdłuższą i najdalszą podróż życia. Przejechaliśmy wiele tysięcy kilometrów. W Nowosybirsku widzieliśmy całkowite zaćmienie słońca, w Moskwie spaliśmy w prawosławnym klasztorze, w ruinach łagru dotykaliśmy historii, jedliśmy omule prosto z Bajkału, widzieliśmy najgłębsze miejsce na jeziorach świata, wędrowaliśmy po tajdze, a w Republice Buriacji pierwszy raz odwiedziliśmy buddyjski klasztor.





